Wiadomości

stat

Udane polowanie na Jarmarku św. Dominika

artykuł czytelnika
Kramy ze starociami to od lat jedna z największych atrakcji Jarmarku św. Dominika.
Kramy ze starociami to od lat jedna z największych atrakcji Jarmarku św. Dominika. pani Marta

- Targ Rybny. Słońce przygrzewa, pot się leje, mimo upału - ścisk. Idę między stoiskami i rozpoznaję te same twarze sprzedawców, co przed rokiem i dwoma laty. Między antykami, bibelotami, replikami strumień ludzi. Oglądają, bo lubią. Bo jarmark to legenda. Bo tu można się targować - pisze pani Marta.



Od redakcji

Artykuły czytelników to jedna z najstarszych, o ile nie najstarsza rubryka w Trojmiasto.pl. Umieszczaliśmy je zanim zaczęliśmy publikować teksty naszych dziennikarzy. Jednak w 20-letniej historii portalu nie było wielu tekstów napisanych przez czytelników pochodzących spoza Trójmiasta. Poniższy właśnie się do nich zalicza. Przysłała nam go pani Marta, która na co dzień mieszka w Poznaniu.

***

Od kilkunastu lat przyjeżdżam z Poznania do Trójmiasta na urlop. Na jarmark zaglądam z sentymentu, z ciekawości i z pasji. Najciekawiej dla mnie jest zawsze przy Targu Rybnym. Tu spotykają się kolekcjonerzy najdziwniejszych rzeczy, pasjonaci i miłośnicy historii. Wśród nich są też przygodni handlarze, którzy zrobili czystki na strychu w starej chałupie babci Krysi i pojęcia bladego nie mają, czy rzeczy, które przytargali ze sobą, mają jakąkolwiek wartość - oprócz sentymentalnej.

Mam wrażenie, że kiedyś było ich mniej. Gdy szłam aleją między straganami, stali na baczność, wyprostowani niczym żołnierze na warcie. Zaczepiali, zagadywali, wciągali do rozmowy. Teraz, choć ciężko między nich wcisnąć szpilkę, tylko nieliczni mają błysk w oku.

Ale handlarze interesują mnie mniej niż zardzewiałe przedmioty, na których osiadł kurz, w których drzemią rodzinne historie.

Szukam przedmiotów z duszą. To tradycja, by kupić oryginalny przedmiot nadgryziony zębem czasu. Co roku przywożę jakąś perełkę do kolekcji zegarów, których mam już ponad 200. W tym roku obieram nowy cel - upolować stare skrzypce. Niekoniecznie Stradivariusa.

Zaglądam na duże stoisko. Istny misz-masz. Nie umiem się w tym gąszczu odnaleźć. Idę dalej. Biorę w ręce stary zegar. Ciężki jak diabli. Nie tyka. Zaglądam do środka, mechanizm zastygły, ale całość chwyta za serce. Chyba pasowałby do kolekcji. Pytam sprzedawcę o historię - źródło pochodzenia ma niebagatelne znaczenie. Starszy pan mamrocze pod nosem, że nie pamięta. Jak zawsze staję przed dylematem: czy kradziony, czy zdobyczny. Pytam za ile. A ile pani da? - słyszę. Mało nie parsknę śmiechem. Oryginalne zegary warte są przecież fortunę, więc od razu uznaję, że to jakieś nieporozumienie i odpuszczam. Nie dam się nabrać.



Zatrzymuję się przy porcelanie. Pożółkłe filiżanki stoją gęsiego na stoliku, tłoczą się między stołową zastawą a talerzykami i figurkami uśmiechniętych dzieci. Uwagę przykuwają kolorowe kieliszki do wina, z kryształu. Ponadstuletnie, z polskiej huty, której już dzisiaj nie ma. I srebra: zdobione łyżeczki, fikuśne cukiernice, patery na owoce. Sięgam po filigranową filiżankę do kawy. - 120 złotych - mówi sprzedawca, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć usta. Odwracam filiżankę, sprawdzam nadruk: Rosenthal Sanssouci. Hmm, myślę sobie, może tyle kosztować. Pojedyncze sztuki trzymają się ceny. Mam słabość do espresso, więc chyba się skuszę. Sprawiam wrażenie niezdecydowanej, nieśmiało sięgam po portfel i próbuję starej sztuczki. Wyciągam pieniądze, mniej niż rzeczona kwota. Rzucam mimochodem, że mam tylko 100 zł, że tylko tyle zostało mi gotówki. Sprawdzam, czy można się targować. Nie można. Sprzedawczyni z lekko wykrzywioną miną mówi, że ona tu tylko pracuje, że szefa nie ma, więc ceny nie opuści. Rezygnuję. Przeżyję, w końcu to tylko mały kaprys.

Mijam płyty winylowe i militaria. Jak zwykle jest tego mnóstwo. Ludzie grzebią w pudłach z czarnymi krążkami, jakby liczyli na białe kruki. Mają cierpliwość. Przyspieszam kroku, mam tylko godzinę, liczę, że zanim straganiarze zaczną zwijać towar, trafię na skrzypce. Omiatam wzrokiem stare lalki, maszyny do pisania, XX-wieczne aparaty telefoniczne, figury z mosiądzu. Ignoruję meble: stoły, etażerki, bieliźniarki, fotele, lustra, lampy. Nerwowo szukam instrumentów.

W końcu znajduję. Leżą pod stołem, lekko przykryte innym futerałem. W  dobrym stanie, ze smyczkiem, całymi strunami. Grają. Nie wyglądają, jakby sporo przeszły. Pytam o datę powstania i cenę.

- Są współczesne, proszę pani, chcę za nie tylko dwieście - odzywa się męski głos. Nie wiem, kto mówi, bo jest ich dwóch. Sprawiają wrażenie, jakby jeden grał dobrego, drugi złego policjanta. Robię głupią minę. Myślę sobie: niedrogo. Sprzedawca z żyłką handlowca łatwo nie odpuszcza. Puszcza ukradkiem oczko i zapewnia, że się dogadamy, że pięć dych opuści.

Odwracam wzrok, wycofuję się rakiem, bo nie tego szukam.



Nogi bolą, ale z polowania nie rezygnuję. Zawieszam oko na starym gramofonie. Podchodzę bliżej, by sprawdzić, czy ma igłę i nagle... widzę skrzypce! 100-letni Stainer. Aż chce mi się krzyknąć z radości! Tłumię emocje. Oglądam je na lewo i prawo, szukam sygnatury, próbuję oszacować datę, sprawdzam, czy sprawne, choć wiem, że nie ma to większego sensu - przecież nie potrzebuję instrumentu do gry. Pytam, za ile, słyszę: siedemset. Waham się, czy nie wrócić ostatniego dnia jarmarku. Z doświadczenia wiem, że ceny pod koniec imprezy spadają, a sprzedawcy są bardziej otwarci na negocjacje. Kalkuluję na chłodno, jakie mam szanse kupić je ciut taniej, czy opłaca mi się przyjechać ponownie, główkuję, czy to rzeczywiście unikat, czy może tylko dobrej jakości podróba. To jak z obrazem - szlachetne płótno rozpoznają tylko prawdziwi koneserzy sztuki. Uprzejmy sprzedawca mówi z przekąsem, że dobry towar nie potrzebuje rabatów. To mi wystarczy, by wiedzieć, że u niego zasada "im bliżej końca jarmarku, tym taniej" nie działa. Ale co tam, negocjuję z uporem maniaka. W końcu na jarmarku trzeba się targować! Sprzedawca nieugięty, ale uśmiech robi swoje. 50 złotych uratowane! Dobijam targu i skrzypce są moje. A niech to, niech stracę! Taki gadżet zawsze mi się marzył.

Jeszcze tylko mała wycieczka na Główne Miasto: fotka pod gdańskim Żurawiem, lody na Długim Targu i mały przystanek na Zielonym Moście, by posłuchać ulicznych grajków.

Jak co roku zaczynam żałować, że nie mieszkam nad morzem, w Trójmieście. W podskokach, z uśmiechem od ucha do ucha, targam na plecach futerał i zastanawiam się, czemu ludzie tak bardzo narzekają na jarmark. Rozumiem, że mieszkańców wiele może drażnić: pozamykane ulice, tłum takich jak ja turystów, rwetes, tandeta, zapach bigosu. Ale chyba można to przeżyć raz do roku, kiedy między innymi z tego właśnie jarmarku słynie Gdańsk?
Co Cię gryzie - artykuł czytelnika to rubryka redagowana przez czytelników, zawierająca ich spostrzeżenia na temat otaczającej nas trójmiejskiej rzeczywistości. Wbrew nazwie nie wszystkie refleksje mają charakter narzekania. Jeśli coś cię gryzie opisz to i zobacz co inni myślą o sprawie.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (166)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

archiwum wiadomości »

Mapa jarmarku

Mapa jarmarku

Parkingi w Gdańsku

Parkingi w Gdańsku